1 maja
Zapomnieć – nie ma mowy,
Być razem – nie ma mowy,
Wyrzucić – nie da rady, bo w sercu Ciebie mam.
Czuję, czuję co jest, ktoś całkiem nowy tuli Cię do snu.
Miła do łez doprowadzasz mnie.
Jak nad gniazdem ptak moje myśli wkoło. Odnajdę kiedyś ją,
Miłość naszą…
Zapomnieć – nie ma mowy,
Być razem – nie ma mowy,
Wyrzucić – nie da rady, bo w sercu Ciebie mam.
Ach… jak bawią mnie te świąteczne szopki…
1) godzina dziesiąta AM (słownie dziesiąta rano) kurewskie promienie słońca przebijają się przez żaluzje i niemiłosiernie dają mi po pysku. Nienawidzę tego uczucia – zapowiada kolejny nudny dzień resztki mojego życia. Minutę później wraca mi wola walki. Kolejna runda pojedynku z nadchodzącym dniem. Poprawiam gardę poduszką i już wiem, że jestem bezpieczny, bezpieczny na dwie godziny.
2) Budzę się, niechętnie wstaję z łóżka. Ten cholerny kac moralny, że kiedyś byłem najszybszym plemnikiem…
3) Idę z matką do kościoła. Pierwszy raz od bardzo dawna. Tuż przed wejściem widzę coś co wywołuje na moich ustach cyniczny uśmiech. Ktoś wpadł na genialny pomysł i sprzedaje watę cukrową. Otoczony gromadką ubranych na różowo dzieci, które jeszcze przed chwilą ekscytowały się wielkanocnym barankiem, kurczaczkiem i Jezuskiem w grobie. A teraz… szatan pod postacią waty cukrowej opętał ich malutkie serduszka!!
4) Wchodzę do kościoła i widzę, że ktoś chlapie na zebrane tam koszyczki z żarełkiem. Zastanawiam się czy mogę już wyjść. Ludzie rzucają się po koszyczki i uciekają z kościoła. Żałosne. Widzę jakąś babcię taszczącą koszyczek i ciągnącą wnuczka za rękę. Za nimi dzielnie podąża zainspirowany dziadek i wszystko uwiecznia na megawypasionej kamerze dvd. Po cholere? Tego nie wiem. Istna szopka. W tym czasie słyszę brzdęk zsypywanej z tac kasy. Przechodzi mnie dreszcz obrzydzenia. Kapłan rozpoczyna kolejne rozdanie… Do kościoła wpada kobieta. Przepycha wszystkich rzucając co jakiś czas „przepraszam” i stara się zdąrzyć postawić swoja przepiękną święconkę. Tak jak by moc boga w którego wierzy nie mogła dosięgnąć jej żarcia gdy będzie ono pół metra dalej. Po wszystkim widzę ją wybiegającą z kościoła jeszcze szybciej niż do niego wpadła. Godne „podziwu”. Po cholerę cała ta szopka?
Chrześcijaństwo to chyba nie wiara, lecz zwykła tradycja…